
Podsumowanie roku 2025 w Towarzystwie Miłośników Ziemi Zakliczyńskiej!
2026-02-23Słowo wstępne od Towarzystwa Miłośników Ziemi Zakliczyńskiej
Zanim zaprosimy Państwa do lektury artykułu autorstwa pana Marka Ciepierskiego, zachęcamy do obejrzenia siedmiominutowego reportażu z 24 maja 2024r., który dał początek całej historii. Film ten powstał dzięki staraniom naszego członka Sławomira Wypaska oraz niezwykłej serdeczności pani Aldony Regiec-Haraf. To właśnie pani Aldona, jako obecna właścicielka, z wielką dbałością pielęgnuje dziedzictwo tego miejsca i otworzyła przed nami jego progi. Premiera filmu miała miejsce podczas spotkania naszego Stowarzyszenia, na którym gośćmi honorowymi byli dwaj potomkowie Józefa Ciepierskiego – pan Marek Ciepierski oraz pan Jan Piaskowski.
Do powstania poniższego artykułu znacząco przyczyniło się zaangażowanie i praca pani Joanny Haraf, która z niezwykłą starannością zebrała materiały i opisała historię rodu Ciepierskich podczas wspomnianego spotkania, co stało się dla pana Marka Ciepierskiego fundamentem i inspiracją do spisania dziejów rodziny.
Dom na rogu – Spojrzenie na rodzinę i dom Ciepierskich w Zakliczynie
Zakliczyn nie jest rozległą miejscowością, nie narzuca się przybyszowi rozmachem. Leży spokojnie w dolinie nad Dunajcem, wśród łagodnych wzgórz Pogórza Rożnowskiego, z rynkiem jakby nieco zbyt dużym, jak na rozmiary samego miasta. Jakby plac ten od wieków czekał na tłum, który nigdy do końca nie nadchodził, czego chwilowy gwar jarmarków wcale nie zmienia.
Za południowo-wschodnim narożnikiem tego rynku, na rogu ulic Malczewskiego i Jagiellońskiej, stoi dom. To kamienica. Charakterystyczna, z dachem, który nie wystaje poza obrys ścian. Poza tym jest właściwie dość zwyczajna, podobna do innych. Kiedyś jednak był to dom niezwykły, niemal dom – serce miasta. To dom Ciepierskich, jednej z tych rodzin, które na stałe wpisały się w dzieje Zakliczyna.
Dom ten stał się niemym świadkiem najważniejszych wydarzeń XX wieku.
1. Józef i jego bracia
W roku 1893, w innym miejscu Zakliczyna, w rodzinie Jana Ciepierskiego i Zofii z Więcków, przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię Józef. Był jednym z jedenaściorga dzieci. W domu, w którym jest tak dużo narodzeń, życie i śmierć chodzą blisko siebie. Kilkoro z rodzeństwa Józefa zmarło w dzieciństwie, jedno ledwo po ukończeniu pełnoletniości. Tak bywało na prowincji w końcu XIX wieku, gdzie choroba oznaczała strach, a lekarz bywał luksusem.
Na podstawie dostępnych w Internecie ksiąg metrykalnych wiemy, że u Jana i Zofii Ciepierskich na świat przyszli kolejno: w 1884 roku Wilhelm, który zmarł jako 20-latek, w 1885 roku – Anna, a w 1887 – Konstanty (każde z nich zmarło mając roczek). W 1888 roku urodził się Florian, w 1891 – Wojciech, a dwa lata po nim – wspomniany na początku Józef. Po nim, w 1895 roku Zofia urodziła Franciszka, który zmarł jako 14-latek, w 1897 – Marię, a w 1899 – Stanisława. Potem była jeszcze Antonina, która urodziła się w 1900, oraz ostatnie z dzieci – Jan, który przyszedł na świat jako jedyny w wieku XX, w roku 1902.
Przy okazji, jeśli mowa o imionach, to od razu trzeba zaznaczyć, że łacińskim odpowiednikiem Wojciecha jest Adalbertus, toteż piąte z dzieci wpisano do parafialnych dokumentów pod takim właśnie imieniem. W międzynarodowym obiegu, zwłaszcza w kulturze anglosaskiej, Adalbertus przyjmuje formę Alberta. To istotne, ponieważ dalsze losy rodziny zwiążą się z Ameryką.
Właśnie – Ameryka! To słowo unosiło się wówczas w powietrzu w wielu domach. Brzmiało jak obietnica, jak wyjście awaryjne z biedy, jak daleki horyzont.
Tutaj koniecznie należy sobie uświadomić, jaka była sytuacja społeczna i materialna w Galicji, na początku XX w.
Mówiąc najkrócej, jednym zdaniem: to był jeden z najbiedniejszych regionów Europy.
Szczególnie południowa część monarchii austro-węgierskiej, obejmująca okolice Tarnowa, Nowego Sącza, Rzeszowa i Lwowa – formalnie Królestwo Galicji i Lodomerii – była w praktyce peryferiami imperium Habsburgów i należała do terenów najuboższych. To właśnie tam ukuto termin odnoszący się do stanu posiadania i warunków mieszkaniowych ludzi, określany jako „galicyjska bieda”. I pojęcie to funkcjonowało nie jako metafora, lecz jako opis rzeczywistości.
W latach 1900-1914 dochód na mieszkańca był tu kilkukrotnie niższy niż w Czechach czy w Dolnej Austrii. Ponad 70–80% ludności utrzymywało się z rolnictwa, ale gospodarstwa były silnie rozdrobnione – często 2–5 morgów ziemi (czyli zaledwie kilka hektarów). Ziemia była przeludniona – poza rolnictwem brakowało pracy. Praca na roli zaś, z uwagi na przestarzałe technicznie metody, była ciężka, dominowały ręczne, drewniane narzędzia i prawie zupełny brak mechanizacji. Sztuczne nawożenie prawie nie istniało. W tej sytuacji plony były niskie, często na granicy opłacalności. Uprawiano głównie żyto, owies i ziemniaki. W latach nieurodzaju zdarzały się realne niedobory żywności. W drugiej połowie XIX wieku miały miejsce nawet lokalne klęski głodu.
Szczególnie na wsiach warunki mieszkaniowe były fatalne – dominowały drewniane chałupy kryte słomą, jedno- lub dwuizbowe domy, wspólne pomieszczenia dla ludzi i inwentarza. Normą był brak kanalizacji, wodociągów i elektryczności, która – można powiedzieć – dopiero raczkowała. Sytuacja była nieco lepsza w małych i większych miastach, ale wciąż daleka od dobrej.
Ktoś powie – Zakliczyn nie był wsią, tylko miastem.
Zgoda – Zakliczyn od 1536 roku posiadał prawa miejskie i zachował je także w czasach zaboru austriackiego. Miał burmistrza, radę miejską, rynek i ratusz, działał tu sąd, notariat i szkoła. Jednak za tą formalną, miejską fasadą kryło się niewielkie, niespełna dwutysięczne miasteczko żyjące głównie z rolnictwa i drobnego handlu. Był to raczej lokalny ośrodek targowy niż miasto w pełnym tego słowa znaczeniu — silnie związany z okolicznymi wsiami, ekonomicznie do nich podobny. Przemysł nie istniał wcale, warstwa urzędnicza była nieliczna, a różnice majątkowe między ludźmi – niewielkie. Oczywiście, w porównaniu z wsiami, nawet dużymi, typu: Lusławice, Wesołów czy Gwoździec, Zakliczyn był zamożniejszy i bardziej zróżnicowany społecznie, lecz różnice te nie zmieniały zasadniczego obrazu.
Większość mieszkańców Zakliczyna stanowili rolnicy, rzemieślnicy, drobni kupcy, urzędnicy o skromnych dochodach oraz żydowscy handlarze i usługodawcy. I wszyscy oni żyli niezwykle oszczędnie. Było tu może mniej dotkliwego głodu ziemi niż na wsiach i więcej handlu, większą rolę odgrywała szkoła i administracja, ale dostatek pozostawał pojęciem odległym. Określenie „galicyjska bieda” również tutaj bardzo często nie było metaforą.
W tej sytuacji emigracja stawała się wentylem bezpieczeństwa. Zwłaszcza Galicję dotknęła ona na masową skalę. Od lat 80. XIX wieku do wybuchu I wojny światowej z terenów zaboru austriackiego wyjechały setki tysięcy ludzi, głównie do Stanów Zjednoczonych i Kanady, ale także Brazylii. Emigracja do Francji i Niemiec odbywała się sezonowo. Często wyjeżdżał jeden członek rodziny i przesyłał pieniądze do domu. Dziś powiedzielibyśmy, że utrzymywał gospodarstwo zdalnie.
Bez emigracji presja demograficzna byłaby katastrofalna.
Ta rzecz dotknęła także rodzinę Jana i Zofii Ciepierskich. W 1905 r. najstarszy z żyjących chłopców, niespełna wówczas 17-letni Florian, wyjechał do pracy do Stanów Zjednoczonych. Mogło to mieć związek z mającą miejsce rok wcześniej śmiercią pierworodnego Wilhelma, co najprawdopodobniej zasadniczo wpłynęło na sytuację ekonomiczną rodziny.

Wszystko wskazuje na to, że wraz z nim odbył tę podróż drugi co do wieku chłopiec, 14-letni Wojciech. Znajdujemy o nim wiele późniejszych wzmianek w amerykańskich dokumentach, gazetach i spisach ludności, choć – zgodnie z tym, co już zostało powiedziane – pojawia się on tam pod imieniem „Albert”. Na liście pasażerów statku dostępnej w archiwach co prawda go nie znajdujemy, ale z późniejszych dokumentów wynika, że Albert przybył do Stanów Zjednoczonych również w roku 1905. A skoro tak, to trudno sobie przecież wyobrazić, aby rodzice wyekspediowali 14-latka w taką podróż w pojedynkę. Zwykła logika nakazuje przypuszczać, że Wojciech (Albert) udał się do USA wraz ze swoim bratem, Florianem. Imię starszego z braci Amerykanie pisali z kolei przez „Y”, toteż w tamtejszych archiwach wielokrotnie można natrafić na „Floryana” Ciepierskiego.
Na tym emigracja członków rodziny jednak się nie zakończyła. Sytuacja społeczno-ekonomiczna nie poprawiała się i do obydwu braci dołączył cztery lata później 16-letni wówczas Józef. I znów, po uważniejszym spojrzeniu w metrykę, widzimy, że miało to miejsce w tym samym roku, co śmierć jego młodszego brata, Franciszka. Nigdy nie dowiemy się, czy tragiczne wydarzenia rodzinne rzeczywiście miały wpływ na decyzję rodziców o emigracji chłopców, ale należy zaznaczyć, że jest to bardzo możliwe.
Albert i Floryan powitali Józefa w Nowym Jorku i jako młodzi mężczyźni, już okrzepli w amerykańskich realiach imigranckich, najpewniej pomogli mu znaleźć pracę. Wszyscy trzej pracowali jednak w różnych miejscach i różnie też potoczyły się ich losy.
Starsi bracia pozostali w USA na stałe, tam założyli rodziny i tam zmarli.

Józef pozostał w Stanach Zjednoczonych przez mniej więcej 11 lat (nie znamy dokładnej daty jego powrotu do Polski), imając się różnych zajęć. Z karty meldunkowej – gdzie odnajdujemy go pod imieniem „Joseph” – wynika, że najdłużej pracował jako krawiec w firmie Coleman, Taylor & Co., znajdującej się w Nowym Jorku przy słynnej ulicy Broadway. Wydaje się, że nie była to dla niego praca marzeń, ale zdołał w ten sposób zgromadzić środki, które uczyniły z niego w Polsce człowieka bogatego, przynajmniej jak na ówczesny status mieszkańców Galicji. Zadecydowały o tym po pierwsze cechy jego charakteru – Józef niewątpliwie był pracowity i oszczędny oraz miał w życiu sprecyzowany cel, a przy tym upór i silną wolę w dążeniu do niego.
To by jednak nie wystarczyło. Józef potrzebował do sukcesu czegoś więcej. Chodzi o to, co w wyobraźni unurzanego w ciągłe wojny Europejczyka czyniło z USA niemal mityczne Eldorado i napędzało wielką emigrację za ocean. Chodzi o dwie rzeczy: możliwości, jakie kraj ten stwarzał każdemu człowiekowi pracy, poprzez swój niczym nie skrępowany kapitalizm, oraz siłę nabywczą dolara amerykańskiego i jego parytet. Szczególnie dla mieszkańców naszego kraju różnica między walutą amerykańską, a walutami używanymi wówczas na terenie Polski była wprost gigantyczna1.
Józef Ciepierski wykorzystał wszystko, co los mu zaoferował. Zdobył pieniądze na budowę domu w rodzinnym Zakliczynie. I wrócił.


Wyjazd z USA musiał nastąpić jeszcze w tym samym roku, kiedy miał miejsce Spis Ludności USA, którego fragment widzimy na powyższym zdjęciu. Teza ta jest najbardziej prawdopodobna, dlatego, że już w 1921 r. w Zakliczynie miał miejsce ślub Józefa z Elżbietą z Szymanowiczów, a w roku 1922 na świat przyszła Zofia, ich najstarsza córka.
Nie wiemy natomiast jak długo przed ślubem znał on swoją wybrankę, kiedy i gdzie ją poznał.
Ślub, zważywszy na zwyczaje z tamtych lat, odbył się dość błyskawicznie po jego powrocie. Czyżby młodzi byli więc od dawna narzeczonymi? Trochę karkołomną teorią byłoby założenie, że 16 letni chłopiec wyjeżdżając na nieokreślony czas w podróż do miejsca, które zdawała się wówczas nieco tylko mniej odległe niż Księżyc, był po tzw. „słowie” z jakąś 13-latką z Zakliczyna. A dalej, że ta oto panna, przez długi czas po jego odjeździe będąca jeszcze dzieckiem, niczym mityczna Penelopa przez 11 lat czekała na swojego ukochanego, gdyż wcześniej zawiązane uczucie pałało w niej jak ogień, a podsycane było listami, które przychodziły raz na pół roku, a może nawet – co 5 miesięcy. Nie należy ponadto chyba zakładać, że 16-latek i 13-latka, w realiach społeczno-towarzyskich Galicji z początków XX w. mieli tyle czasu i swobody, że mogli się oddać amorom i składać sobie przyrzeczenia godne Romea i Julii.
Już znacznie bardziej prawdopodobna jest sytuacja, która w tamtych czasach zdarzała się nierzadko, gdy starszyzna rodzin umawiała się co do małżeństwa młodych, a ci niewiele mieli do powiedzenia i nie śmieli sprzeciwić woli ojca i matki. Nic jednak o takim „umawianiu się” familii Ciepierskich i Szymanowiczów nie wiemy.
Istnieje także teoria, że Józef poznał Elżbietę w USA, ponieważ ona także wyemigrowała „za chlebem”. To jednak mało prawdopodobne – 90% emigrujących stanowili mężczyźni, chyba że mowa o wyjeżdżających całych rodzinach, wśród których znajdowały się rzecz jasna także kobiety. O emigracji Szymanowiczów do Ameryki jednak nic nie wiemy, zwłaszcza w aspekcie emigracji brata Elżbiety, Władysława, który – owszem – wyemigrował, ale później i do Francji.
Najbardziej prawdopodobną hipotezą jest to, że Józef poznał Elżbietę po powrocie. Być może w jakimś liście ojciec napomknął mu, że młoda Szymanowiczówna, wyrosła na piękną dziewczynę i warto by było się nią zainteresować. A być może takiego listu nie było, a Elżbieta przyszła Józefowi do głowy dopiero tu, po pierwszej niedzielnej mszy, albo w czasie jarmarku? Nigdy się nie dowiemy kiedy zwrócił na nią uwagę po raz pierwszy.
Natomiast z pewnością on zwrócił uwagę wszystkich w mieście natychmiast po tym jak znów się w nim pojawił. A już na sto procent przykuł uwagę wszystkich młodych kobiet. Był wysoki, przystojny, a ze swoimi zarobionymi w USA pieniędzmi natychmiast stał się w okolicy niekwestionowaną partią nr 1.
Dlaczego jednak w ogóle wrócił? Skoro Ameryka, jak to już zostało powiedziane, jest krajem o takich możliwościach?
Ostatnie zdanie poprzedniego akapitu pośrednio może być echem jego rozumowania. Pieniądze, jakie zarobił, były w Ameryce czymś, co wystarczało, aby być może zacząć żyć nieco lepiej i być może zacząć piąć się w górę. W odrodzonej Polsce natomiast nazwane zostałyby z miejsca majątkiem i tam, skąd pochodził uczyniłyby z niego w jednej chwili człowieka na szczycie. A przecież, jak mawiał Gajusz Juliusz Cezar: lepiej być pierwszym w Kartaginie, niż drugim – w Rzymie…
To jeden rodzaj myślenia – ekonomiczny. Autorzy poza tym sądzą, że Józef od początku zamierzał wrócić. Na pewno ułatwił mu to fakt, że pod jego nieobecność Polska odzyskała niepodległość. Wielu ludzi wówczas powracało z wygnania, z emigracji z całego świata. Ciągnęli do ojczyzny, w której po 123 latach rozbiorowej niewoli roztaczał się dawno nieobecny tu zapach, zapach nadziei, z którym żyje się zupełnie inaczej. Józef mógł być jednym z nich. To typ myślenia patriotyczny.
A do tego, nade wszystko mógł czuć także na sobie pewną presję – przecież to on jeden wróciłby z daleka, z oszczędnościami, które natychmiast podreperowałyby byt ojca, matki i całej rodziny. On jeden, bo przecież bracia tu zostają. To trzeci typ myślenia – odpowiedzialny.
On jeden mógł zostać bohaterem rodziny.
I został nim.


2. Dom, który tętnił życiem
Nie wiadomo dokładnie kiedy Józef rozpoczął budowę domu, wiadomo jednak, że zakończyła się ona w roku 1923 wzniesieniem kamienicy u zbiegu ulic Malczewskiego i Jagiellońskiej.
Miejsce to stało się jednym z ważnych punktów Zakliczyna. Oprócz pokoi mieszkalnych urządzonych na pierwszym piętrze, w budynku mieściła się także restauracja oraz sklep znajdujące się na parterze. Dom Ciepierskich był zatem miejscem zakupów, spotkań i rozmów – wręcz codziennego życia nie tylko mieszkańców Zakliczyna, ale także przyjeżdżających tu kupców.
Powoli dawała o sobie znać jeszcze jedna cecha Józefa, bez której kolejne wątki historii byłyby zupełnie inne. Bo aby zdobyć pieniądze – czasem wystarczy upór i praca. A czasami szczęście. Ale aby je pomnożyć, dobrze ulokować i jeszcze w tym wytrwać – trzeba czegoś więcej: przedsiębiorczości, tak zwanego „zmysłu do interesów”.

3. Czas wojny. Historia przywołana we wspomnieniach – relacja Zofii
Zofia Łebkowa, z d. Ciepierska, z którą rozmawiali autorzy tego tekstu, snuła barwne opowieści nt wydarzeń z tamtych lat, na podstawie czego można je teraz ocalić od zapomnienia. Gdyby jeszcze żyła, z pewnością byłaby pierwszą osobą, do której zwrócono by się z prośbą o korekty i uzupełnienia. I pierwszą, która cieszyłaby się z tych podsumowań i zapisów.
W 1936 r. rozpoczęła naukę w prywatnym żeńskim gimnazjum im. św. Jadwigi w Tarnowie. To właśnie tam zastała ją informacja o wybuchu wojny.

Miała wówczas 17 lat. Dokładnie także pamiętała moment, w którym wojska niemieckie wkroczyły do Zakliczyna. Było to w Wigilię Bożego Narodzenia, dzień z zasady wyjątkowy, który tego roku miał stać się wyjątkowy w dwójnasób.
Jakby samego pojawienia się okupanta było mało, rodzina Ciepierskich została tego dnia wyrzucona z domu. Kamienicę zbudowaną przez Józefa wybrano ze względu na jej położenie i wysokość – budynek mieścił się w centrum miasta, po wyższej stronie Rynku i nie tylko dawał widok na całą okolicę, ale też nadawał się do działania radiostacji wojskowej, którą żołnierze mieli zamiar zainstalować. Dowództwo nie zastanawiało się więc nawet pięciu minut. Rodzinę poinformowano, że ma kilka godzin na opuszczenie domu.
Mimo grozy chwili Elżbieta nie straciła zimnej krwi – dyrygowała akcją szybkiego pakowania, dokonując racjonalnej selekcji przedmiotów i pilnując, aby zabrano tylko najpotrzebniejsze przedmioty i minimalną ilość ubrań. Błyskawicznie także oceniła możliwości lokalowe w najbliższej okolicy i w kilka chwil podjęła decyzję, że rodzina przeniesie się do opuszczonego, jednopokojowego mieszkania w domu naprzeciwko. Wcześniej mieszkał tam znany w Zakliczynie Żyd, Hudes, który uciekł z rodziną kilka tygodni wcześniej. Obrazu całości niech dopełni fakt, że najmłodszy syn Elżbiety i Józefa urodził się zaledwie kilka miesięcy wcześniej i tego dnia był niemowlęciem u piersi.
Tak też się stało – ósemka Ciepierskich, jeśli tak można powiedzieć, „zamieszkała” w jednej izbie w narożnej kamienicy po drugiej stronie ulicy Jagiellońskiej. Stamtąd, stłoczeni mogli z bliska obserwować jak niemieccy żołnierze obejmują w posiadanie ich dom. A zaczęło się, pomijając sam akt wyrzucenia na bruk, od przygnębiającego spektaklu, który odbył się jeszcze tego samego, wigilijnego dnia – resztę dobytku, jaką pozostawili w domu Niemcy wyrzucili na podwórko, oblali benzyną i spalili.
Dowódca zakliczyńskiego oddziału Wehrmachtu zajął środkowy, największy pokój na piętrze, pozostali żołnierze – pokoje obok.
Nawiasem mówiąc, pod koniec wojny, gdy Niemcy się już ewakuowali, rodzina Ciepierskich pospiesznie wróciła do swojego domu. Józef Ciepierski doskonale wiedział, że w innym wypadku zajęliby go Rosjanie, którzy nadciągali wraz z 1. Frontem Ukraińskim, a wówczas odzyskanie domu byłoby niemożliwe. Oczywiście, nie było gwarancji, że oficerowie generała Koniewa nie zajmą domu tak jak uczynili to hitlerowcy, a nawet czy nie przyjdzie im do głowy po prostu go spalić – ale na szczęście tak się nie stało. Tu na korzyść rodziny zadziałał fakt, że Rosjanie najbardziej mścili się na miastach śląskich, które uważali za niemieckie.
W relacji Zofii z okresu okupacji hitlerowskiej groza miesza się z groteską. Opowiadała np. jak wódka pomagała przeżyć ten trudny czas i to – wbrew pozorom nie jest historia o piciu aby zapomnieć o rzeczywistości. Chodzi o coś zupełnie innego, a spożywanie alkoholu dotyczy Niemców.
Oficjalnie Wehrmacht zabraniał pijaństwa wśród żołnierzy. Za nadużywanie alkoholu groziły kary dyscyplinarne. Jednak Niemcy pijani byli to Niemcy mniej groźni, a już na pewno mniej spostrzegawczy, dlatego właśnie Polacy robili wszystko, aby doprowadzić ich do stanu upojenia. Prawdopodobnie, by to osiągnąć, wzmacniano słabsze alkohole, bądź też ponownie je destylowano.
Skutek był taki, że żołnierze często pijani leżeli gdzie popadło, nawet na podłodze. Wtedy wraz z młodszą od niej o 2 lata siostrą Heleną – którą wszyscy nazywali Haliną – mogły na krótko wejść do domu, choć wiązało się to oczywiście z ryzykiem. Powodem tych podszytych nerwami wizyt, był fakt, że na strychu Niemcy przechowywali bardzo dużo żywności, którą w czasie ich zamroczenia można było przeszmuglować. Nie było to łatwe nie tylko z powodu strachu przed obudzeniem się żołnierzy, ale także z innej, dość niezwykłej przyczyny. Otóż, na strychu była taka masa szczurów buszujących w zgromadzonych zapasach, że gdy obie tam wchodziły, musiały trzymać nad głową otwarte parasole żeby szczury na nie nie spadały.
Bardzo szybko po wybuchu wojny Zofia i Halina zostały łączniczkami Armii Krajowej. Zgodnie z zaleceniami dowództwa, członkowie AK musieli przejść mnóstwo szkoleń, jak choćby te z udzielania pierwszej pomocy, wykonywania zastrzyków czy oczywiście – używania broni. Szkolenia były rzecz jasna organizowane w tajemnicy i odbywały się w różnych miejscach, ale bardzo często miało to miejsce w pobliskim Klasztorze Franciszkanów (Reformatów).
Zofia i Halina, po pewnym czasie aktywności w organizacji zaczęły dostawać do wykonania różne zadania, o których zresztą nie mogły informować nikogo, nawet własnych rodziców. I choć oficjalnie członkowie AK, nawet ci niepełnoletni nie mogli informować nikogo, nawet swoich rodziców, dokąd jadą i jaką mają misję, ci domyślali się co robią ich dzieci, gdy przepadają z domu na kilka godzin.
Zofia opowiadała o kilku zadaniach jakie otrzymała do wykonania wraz z Haliną. Najczęściej było to dostarczanie raportów z Zakliczyna do Melsztyna, gdzie na tajnym posterunku AK odbierał je Franciszek Betswarzyk. Trasa, którą należało w tym celu pokonać liczy nieco ponad 12 km, zadanie więc nie wydaje się z pozoru nadzwyczajnie trudne. Należy jednak pamiętać, że okoliczności wojny zmieniają praktycznie wszystko.
Najpierw – transport. Do pokonania drogi dziewczęta używały z reguły pożyczonego roweru. Ponieważ jednak w czasie okupacji brakowało niemal wszystkiego, rower ten nie był w najlepszym stanie i istniało ryzyko, że zepsuje się w każdej chwili.
Po drugie – sama przynależność do ruchu oporu była przez Niemców karana z całą surowością, więc bycie AK-owcem oznaczało nieustanne ryzyko. Po trzecie – pokonanie każdej dłuższej drogi w sytuacji, gdzie prawo praktycznie nie obowiązuje było narażaniem się na ogromne niebezpieczeństwo. Tu szczególnym punktem w drodze było przebycie starego mostu na Dunajcu. Tam bowiem na straży stali Ukraińcy, członkowie Policji Pomocniczej „Schutzmannschaft”. Była to organizacja kolaborująca z hitlerowcami i znajdująca się całkowicie pod ich kontrolą. Ludzie ci mieli straszną reputację, a tajemnicą Poliszynela był ich udział w najpotworniejszych zbrodniach. Każdy miejscowy drżał na samą myśl o spotkaniu z nimi, a serca rodziców młodej dziewczyny, zamierały na myśl, że któraś z córek mogłaby zostać przez nich zatrzymana.
Pewnego dnia Halina dostała rozkaz dostarczenia raportu do Melsztyna. Rower, który pożyczyła był w szczególnie złym stanie technicznym. I po drodze rzeczywiście się zepsuł. Gdy prowadziła go, idąc piechotą podeszli do niej niemieccy żołnierze i wypytywali dokąd jedzie. Halina była przygotowana na takie pytanie i nie tracąc zimnej krwi odpowiedziała po niemiecku, że mama wysłała ją po masło do pobliskiej wioski. Miała szczęście. Jeden z Niemców okazał się ludzki, a nawet miły i naprawił rower, a także pomógł jej przejechać przez most. Halina zdołała dostarczyć raport, ale w drodze powrotnej, jeszcze przed mostem rower zepsuł ponownie. Ukraińcy nie chcieli jej przepuścić. Całe zdarzenie obserwował z drugiej strony rzeki jej zdenerwowany ojciec, który zaniepokojony długą nieobecnością córki wyszedł jej na spotkanie. Nie mógłby jednak przecież nic poradzić, cokolwiek zrobiliby ludzie z Schutzmannschaft. Mógłby się jedynie przyglądać i nie wiadomo czy jego nie spotkałoby coś złego. Sytuację załagodził wyższy rangą żołnierz niemiecki, który pomógł Halinie przejść przez most. Na szczęście nie zapytał gdzie jest masło.
Innym zadaniem członków AK wspominanym przez Zofię było otwieranie listów kierowanych do Gestapo. Niestety, wojna obnaża najciemniejsze cechy ludzkiej duszy, w tym donosicielstwo i to donosicielstwo straszne – to, które skutkować może śmiercią osoby zadenuncjowanej. Niektórzy mieszkańcy regionu nie stronili i od tego procederu. Zaślepieni zadawnionymi sporami ze swoimi sąsiadami, czy znajomymi, nie zważając na konsekwencje i moralny wydźwięk swoich postępków, szukali rozstrzygnięcia konfliktu na swoją korzyść przy udziale okupanta. Zofia i Halina, podobnie jak inni młodzi ludzie należący do AK, nauczyły się otwierać koperty, a potem powtórnie je zaklejać bez pozostawienia najmniejszego śladu. Jeśli zarzuty były bzdurne i nie stwarzały zagrożenia, listy były dostarczane na posterunek Gestapo bez żadnej ingerencji w treść. Gdy jednak treść donosu stwarzała istotne zagrożenie dla osoby, o której traktował, list przepisywano od nowa, podrabiając charakter pisma i stwarzając nową treść, często wskazującą na głupotę i niepoważny charakter opisywanego problemu, po czym w tej formie doręczano. W wypadku, gdy listy z donosami powtarzały się wciąż od tych samych nadawców, odwiedzali ich partyzanci i przeprowadzali z nimi dyscyplinującą rozmowę zaopatrzoną w odpowiednie groźby.
Józef, mimo że osobiście do AK nie należał, jako zastępca burmistrza czuł się odpowiedzialny za mieszkańców Zakliczyna i pomagał im również bezpośrednio, gdy sytuacja tego wymagała. Jeden z jego powinowatych, Stanisław Flakowicz, wspominał wielokrotnie, że i na niego ktoś napisał donos. Jakiś „życzliwy” znajomy skrupulatnie informował, że Stanisław nocą aktywnie działa w partyzantce, a w dzień odsypia zamiast pracować w polu. Niemcy zabrali Flakowicza na przesłuchanie. Obecny był przy tym Józef Ciepierski, któremu przypadła rola tłumacza. Zręcznie przeinaczając słowa aresztowanego a także dodając od siebie nieistniejące fakty przekonał Niemców, że donosiciel jest osobą psychicznie niezrównoważoną i konfabuluje, by zaszkodzić panu Stanisławowi. Flakowicza ostatecznie uwolniono. Do końca życia był on świadomy, że pan Józef uratował mu wtedy życie.
AK potajemne dostarczała także jedzenie do getta dla zamkniętych tam Żydów, których sytuacja była tak samo tragiczna jak we wszystkich tego typu miejscach w Polsce. Getto mieściło się przy dzisiejszej ulicy Browarki i było ogrodzone wzmocnionym płotem. Można było tam podejść ukradkiem jedynie nocą, a jedzenie wrzucić przez dziurę, która była za dnia sprytnie maskowana.
Pomoc dla ludności żydowskiej nie ograniczała się jednak tylko do tych działań. Zresztą nie wszyscy Żydzi zostali zdemaskowani i zamknięci w Getcie. Ci, którzy nie uciekli przed hitlerowcami jak wspomniany już Hudes, pozostawała wciąż w swoich domach w Zakliczynie i okolicy. Józef wiedział, że jeśli ma im pomóc naprawdę, nie może się to ograniczyć do wsparcia finansowego czy materialnego. Tych ludzi Niemcy nie mogli po prostu rozpoznać. Z jego pomocą preparowano dla nich fałszywe dokumenty, sztucznie je postarzano tak aby wyglądały na przedwojenne, podrabiano kenkarty, pieczątki i zezwolenia. Otrzymywali także nowe ubrania, podczas gdy stare były niszczone. Wiele z nich Elżbieta kazała zamurować w czasie prac remontowych w piwnicy prowadzonych pod pozorem usprawnienia aprowizacji dla niemieckich żołnierzy.
Długo po wojnie Pani Teresa Więcek, która wynajmowała lokal w domu Ciepierskich, w czasie skuwania posadzki w wynajmowanym lokalu, odnalazła wśród gruzu fragmenty ubrań. Stanisław Ciepierski twierdził, że są to pozostałości po rodzinie żydowskiej, która przed wojną wynajmowała tam dwa pomieszczenia na dole kamienicy – jedno na sklep, a drugie na lokal mieszkalny.
Jedną z najsłynniejszych i najbardziej spektakularnych akcji, jakie przeprowadzili partyzanci w okolicach Zakliczyna był sabotaż wymierzony w niemiecki transport wojskowy. Miało to miejsce na jedynej wówczas drodze z Nowego Sącza, prowadzącej przez Gródek na Dunajcem – wówczas nazywało się to Kobyle-Gródek – Bartkową-Posadową i Paleśnicę. Obecnie jest to droga nr 975. Na pierwszym z trzech ostrych zakrętów mających ponad 90° Polacy usypali wał z ziemi i zamaskowali prawdziwą drogę gałęziami, a wytrzebili zarośla prowadzące na skraj urwiska, uprzednio usuwając znaki ostrzegawcze. Ponieważ o asfalcie wówczas nikomu się nie śniło nie było niebezpieczeństwa, że Niemcy nabiorą podejrzeń na skutek nagłej zmiany nawierzchni. Ci, nieświadomi niczego, kierowali się zatem drogą prostą, nie oczekując w tym miejscu żadnego zakrętu i uważając to za rzecz całkiem naturalną. W wyniku tego większość ciężarówek z amunicją i sprzętem wojskowym runęła kilkanaście metrów w dół, ulegając całkowitemu zniszczeniu. Straty niemieckie były tym większe, że wszystko odbyło się wieczorem i słaba widoczność nie pozwoliła kierowcom na ewentualne zahamowanie, a ponadto hałas silników doskonale zagłuszył odgłosy karambolu i krzyki żołnierzy. Akcję tę partyzanci powtórzyli jeszcze dwukrotnie, ale w końcu Niemcy zaczęli pilnować drogi, wyposażając transport w tankietki które z przodu i z tyłu eskortowały cały konwój.
Zarówno pan Jan Piaskowski syn Heleny jak i Marek Ciepierski, syn Mariana, jej młodszego brata, pamiętają doskonale, który to zakręt. Rodzice pokazywali im to miejsce jeszcze gdy byli oni dziećmi.
Zofia we wspomnieniach opisywała również jedną z najbardziej dramatycznych historii, w której Zakliczyn stanął na skraju zagłady.
Zaczęło się od tego, że pewien „głupi, młody chłopak”, jak go nazwała, zastrzelił niemieckiego żołnierza. Był to intendent, wożący motocyklem mleko do swojej jednostki, do tego dobrze znany mieszkańcom. Co więcej – żołnierz ten nie był dla nikogo synonimem szczególnego oprawcy. Wielu z nim rozmawiało, niektórzy nawet wypijali kieliszek, wspólnie się śmiali. Znał go dobrze także ten, który go zastrzelił.
Wiele z relacji tamtej historii skłania się ku teorii, że u motywów morderstwa nie stało żadne bohaterstwo, a zwykła pazerność. Chodziło o ten motocykl właśnie, na którym jeździł ów Niemiec, motocykl, który w czasie wojny, rozebrany na części mógł być wiele wart. Sprawa była tym bardziej bulwersująca, a także – co nikogo nie powinno dziwić – nie mogła nie mieć w warunkach okupacji daleko idących konsekwencji. W odwecie Niemcy spalili 5 domów na Zawadzie – gdyż ów czyn właśnie tam miał miejsce – a ich mieszkańców rozstrzelali. Najgorsze było jednak to, że nosili się z zamiarem pacyfikacji i spalenia Zakliczyna.
Na miasteczko padł blady strach. Burmistrz do spółki ze swoim zastępcą, Józefem Ciepierskim wymyślili sposób – prosty i choć mało szlachetny, to jednak nad wyraz skuteczny. Należało wpierw nazbierać złota i kosztowności, które mieszkańcy przechowywali na czarną godzinę. A skoro ta właśnie nadeszła – nikt nie zastanawiał się ani sekundy. Niemców przekupiono, a na dokładkę upito ich w jednej z zakliczyńskich restauracji. Można chyba powiedzieć, że burmistrzowie wraz z grupą mieszkańców uratowali Zakliczyn.
Józef kilkukrotnie organizował różne zbiórki. Jedną nawet po wojnie – gdy chodziło o odbudowę budynku szkoły, zniszczonego za czasów niemieckich. W tym celu pisał do swoich braci i przyjaciół w Stanach Zjednoczonych z prośbą o pieniądze, które zresztą udało się zgromadzić w pokaźnej kwocie. Nigdy jednak żadna kwesta nie miała tak dramatycznego podłoża i nigdy tak bezpośrednio nie chodziło o życie, jak wtedy, po zabójstwie niemieckiego żołnierza.

źródło: zakliczyn.org.
A „głupi, młody chłopak” nigdy do niczego się nie przyznał. Choć przecież nie musiał – i tak wszyscy wiedzieli, że to on. Po wojnie wyjechał do USA. Taki to był bohater. Motocyklowy.
Jan Piaskowski pamięta z rodzinnych opowieści, że pierwszy oficer niemiecki, ten który wprowadził się do domu Ciepierskich w tamtą, pamiętną Wigilię, należał do osób raczej łagodnych jak na wojskowego i nie do końca akceptował hitlerowskie, bezwzględne metody działania. Przykładem może tu być fakt darowania życia Polakowi z AK, którego Gestapo przesłuchiwało i zaleciło skazanie na śmierć. Ten akt łaski najwyraźniej komuś się nie spodobał i cała sprawa, mówiąc kolokwialnie: „poszła wyżej”. Gestapo zainterweniowało, oficer został aresztowany, a niedługo później decyzją wyższego dowództwa wysłany na front wschodni, gdzie prawdopodobnie zginął. Jego następca, nowy dowódca był dużo surowszy, można rzec – bezwzględny.
Dom Ciepierskich został gruntownie przeszukany przez oddział Gestapo. Wezwano rodzinę, aby rewizję przeprowadzić na ich oczach. W jej trakcie wyrzucono wszystko z szaf, biurek i innych mebli, przeglądnięto książki i wszystkie stosy papierów. Rodzina Ciepierskich przyglądała się temu z trwogą, gdyż do AK należała zarówno Zofia jak i Halina, a w domu znajdowały się świadczące o tym dokumenty, które ukryto dość sprytnie w pianinie. Było to jedno z niewielu miejsc, gdzie Niemcy nie zajrzeli. Gdyby stało się inaczej, członków rodziny skazano by na karę śmierci.
Ta historia jednak nie skończyła się tak bezboleśnie. Gestapo nie dało za wygraną. Widocznie uzbierało się w tym mieście zbyt wiele szczęśliwych zbiegów okoliczności. Niedługo więc po sprawie z zastrzeleniem intendenta, zimą 1944/45 aresztowało Józefa Ciepierskiego. Był on przesłuchiwany i torturowany. Elżbieta odchodziła od zmysłów. Po kilkunastu godzinach, późno w nocy ktoś głośno załomotał w jej okno. Gdy wybiegła na ulicę, nie zobaczyła nikogo, tylko w oddali majaczyła sylwetka oddalającej się szybko furmanki. Po chwili zauważyła, że w śniegu leży pobity i nieprzytomny jej mąż. Wszystko wskazywało na to, że jakiś anonimowy człowiek przywiózł go na wozie, zrzucił na podwórko i w pośpiechu odjechał. Rodzina nigdy nie dowiedziała się, kto wówczas ocalił Józefa Ciepierskiego. Niestety, po pobiciu przez Gestapo Józef ciężko chorował i już nigdy nie odzyskał zdrowia. Zmarł 3 lata później – w grudniu 1948 roku. Miał 55 lat.
Po jego śmierci Elżbieta była zdana jedynie na siebie oraz pomoc ze strony dzieci. Na szczęście Zofia, Halina i Stanisław byli już dorośli. Najmłodszy, Kazimierz miał 9 lat, a jeszcze niepełnoletni Marian – 16. Aby utrzymać siebie i dzieci, Elżbieta nadal prowadziła sklep. Ale restaurację, wytwórnię wód gazowanych i browar – zamknięto. Pomieszczenia w „fabryczce” zostały wynajęte. Handel zbożem i innymi produktami także się zakończył; Elżbieta nie miała do tego głowy.
Inna sprawa, że handel, czy to hurtowy czy detaliczny, jakim jeszcze przed wojną, a także w jej trakcie zajmował się jej mąż, powinien był przynosić jej jeszcze wiele profitów. A z tego powodu, że wiele transakcji Józef przeprowadził na tzw. „zeszyt”. Tuż po I Wojnie Światowej, w latach 20-tych XX wieku, zubożenie społeczeństwa było znaczne, a zjawisko biedy – powszechne. Ludzie z braku pieniędzy kupowali w sklepie „na zeszyt”, a Józef nigdy tego nie odmawiał i nie żądał zwrotu pieniędzy. W czasie wojny dostarczał żywność do Klasztoru Franciszkanów, gdzie także ukrywano Żydów. Ani tych drobnych kwot od mieszkańców, ani tych większych – od O.O. Reformatów Ciepierscy nigdy nie odzyskali. Pieniądze przepadły wraz z wojenną zawieruchą i dobrym sercem Józefa. Elżbiecie, której bardzo by się wówczas przydały, z pewnością nieraz przypomniało się słynne powiedzenie: „najszybciej na świecie starzeje się wdzięczność”.
Zimą 1953 r. zmarł jej najmłodszy syn, Kazimierz. Bawił się z kolegami na zamarzniętym stawie, ślizgając na prowizorycznych łyżwach. Lód popękał, a chłopcy, w swoim przekonaniu robiąc mu świetny kawał, wepchnęli go do lodowatej wody. Kazimierz wydostał się na taflę, ale zamiast pójść do domu poszedł ogrzać się do cegielni. W drodze ubranie na nim zamarzło. Cegielnia niewiele pomogła. Następstwem było zapalenie płuc i opon mózgowych. Kazia nie uratowano. Miał 14 lat.
Elżbieta znów ubrała się w czerń. Po tym wydarzeniu stwierdziła, że już nie ma dla kogo pracować i sprzedała część majątku, by pozostała przy życiu czwórka miała lepszy start w dorosłe życie.
W domu zbudowanym przez jej męża pozostali wraz z nią Zofia i Stanisław. Halina i Marian osiedlili się w Krakowie i tam zawarli związki małżeńskie. Odwiedzali matkę na każdych wakacjach czy urlopach, aż do jej śmierci w 1984 r.
Nie zobaczyła już nigdy tylko Stefana.
4. Stefan
Był pierwszym synem, jakiego doczekali się Elżbieta i Józef. W wieku 16 lat ukończył niższe gimnazjum w Zakliczynie i zdał tzw. „małą maturę”2. Nie zamierzał jednak poprzestać na tym etapie kształcenia. Ponieważ Zakliczyn nie posiadał żadnej placówki licealnej, chłopak postanowił wyjechać, aby kontynuować naukę. Nie mówiąc nic ani rodzicom, ani nikomu z rodzeństwa, w lipcu 1942 pojechał do Tarnowa wraz ze swoim kolegą, aby zapisać się do jednego z liceów, któremu władze okupacyjne pozwoliły na działalność.
Pech chciał, że obaj znaleźli się w rejonie łapanki. Tym razem żołnierze dostali rozkaz zatrzymania wszystkich młodych, zdrowych mężczyzn do pracy przymusowej w Niemczech. Stefan był wysoki i silny, nadawał się idealnie. W ciągu kilku dni wywieziono go w głąb Niemiec na tzw. „roboty”. Nie było ani czasu, ani możliwości powiadomić kogokolwiek z rodziny. Nikt w Zakliczynie nie wiedział, co się stało ze Stefanem. Rodzice byli zrozpaczeni. Po jakimś czasie udało się im ustalić, że Stefan znajduje się w obozie pracy przymusowej, w miejscowości Großenenglis w powiecie Fritzlar-Homberg, w środkowej Hesji. W tym regionie funkcjonował duży system obozów i rozproszonych komend roboczych (Arbeitskommandos) powiązanych z głównymi obozami jenieckimi i z różnymi przedsiębiorstwami, gospodarstwami i inwestycjami wojskowymi których pracowali więźniowie. To nie była jedna duża fabryka-baza, lecz wiele małych miejsc zakwaterowania robotników przymusowych rozrzuconych po powiecie3. Rodzice odetchnęli z ulgą, że najstarszy syn żyje. Jednak nie było z nim żadnego kontaktu.
W 1944 r w Zakliczynie pojawili się inni Niemcy – cywile. Przyjechali by kupić żywność i zabrać ją do Niemiec, gdzie, tak jak wszędzie, brakowało jedzenia. Okazało się, że jeden z nich pochodził z miejscowości niedaleko Großenenglis. Elżbieta i Józef postanowili podać przez niego paczkę z jedzeniem dla syna. To był jedyny sposób, w jaki mogli mu pomóc, choć nie było żadnej gwarancji, że paczka do niego dotrze. Nigdy zresztą nie dowiedzieli się, czy otrzymał wówczas ten prezent z domu rodzinnego.
Tuż po zakończeniu wojny, w 1945 r. Józef Ciepierski otrzymał list od Equipes d’urgence, oddziału Francuskiego Czerwonego Krzyża. Była tam informacja, że Stefan żyje – został co prawda poważnie ranny w klatkę piersiową, ale jakimś cudem zdołał się wydostać z obozu i znajduje się we Francji. Kamień spadł wszystkim z serca po raz kolejny. Elżbieta od razu uświadomiła sobie, że we Francji ma rodzinę – jej brat, Władysław wyjechał tam jeszcze przed wojną i zamieszkał w miejscowości Mulhaus (Miluza). Stwierdziła zatem, że Stefan na pewno pojechał właśnie tam. Radość była tak ogromna, że jeszcze długo potem nikt nie zauważył ani błędów w dedukcji matki, ani pewnej niekonsekwencji w przetłumaczonym z francuskiego następstwie faktów.
Przez długi czas w rodzinie mówiło się, że Stefanowi pomogli Amerykanie, którzy przebrali go za swojego żołnierza i ewakuowali do Francji, gdzie zamieszkał.
Ta wersja jest ogólnie rzecz biorąc dziurawa jak ser szwajcarski. Tak niestety bywa. Choć tragizm wojny jest oczywisty i nie potrzebuje żadnych wzmacniaczy, bywa, że rodzinne opowieści, przekazywane ustnie X razy otrzymują z czasem dodatkową dawkę dramatyzmu i w końcu robią się mało spójne.
Nie wiemy dokładnie jak wyglądało uwolnienie Stefana, ale jest tu kilka sensownych hipotez. Stefan, jak wiemy, nie był jeńcem wojennym, ale przebywał w obozie pracy. Potwierdzają to archiwalne dokumenty niemieckie sporządzone już po wojnie pod nadzorem władz alianckich, gdzie odnajdujemy osobę o tym imieniu i nazwisku. Pierwszym z dokumentów jest lista ewidencji – tzw. „Liste F zur Ausländerzählung” sporządzona przez administrację powiatu Fritzlar-Homberg dla władz alianckich, 18 maja 1946 r., która wymienia obcokrajowców przebywających w czasie wojny w danej gminie, ale niekoniecznie przebywających tam w momencie dokonywania tej ewidencji. Kolumny oznaczają: Name und Vorname – nazwisko i imię, Angabe, ob Kriegsgefangener, Zivilarbeiter usw. – tj. odróżnienie jeńca wojennego od robotnika cywilnego, Gemeinde – gmina, Zeit des Aufenthaltes in der Gemeinde (von – bis) – okres przebywania. Przy Stefanie widnieje: robotnik, czas pobytu nieznany, miejsce: Großenenglis.

Drugi z dokumentów, późniejszy o 2 lata, sporządzony 10 maja 1948 r. to wykaz ITS (International Tracing Service) czyli Międzynarodowej Służby Poszukiwawczej, mówi nam nieco więcej. W nagłówku czytamy: „List of all allied Nationals and other foreigners… who were temporarily or permanently stationed in the community, but are no longer in residence.”, co oznacza listę wszystkich obywateli państw sojuszniczych i innych cudzoziemców, którzy tymczasowo lub na stałe przebywali w społeczności Großenenglis, ale już w niej nie mieszkają, sporządzoną dla władz alianckich. Potwierdza się status Stefana – w rubryce „Art der Einheit” widnieje Z.A. To skrót od Zivilarbeiter/Zwangsarbeiter czyli robotnik przymusowy (cywilny).
Ale najważniejsza nowość to daty. Ewidentnie określono tu początek i koniec jego pobytu: Stefan znalazł się w Hesji 10 lipca 1942 roku (niedługo po łapance w Tarnowie), a opuścił ją 12 lipca 1945 czyli niemal dokładnie po 3 latach.
I ta informacja zmienia wszystko.
Historia o ucieczce z obozu i przerzucaniu do Francji w przebraniu amerykańskiego żołnierza jest raczej zlepkiem wyolbrzymionych lub przekręconych strzępków prawdziwych wydarzeń. W rzeczywistości musiała wyglądać nieco inaczej. Amerykanie wkroczyli do Hesji w końcu marca 1945, nacierając i wyzwalając wszystkie obozy, zarówno te jenieckie, jak i te dla robotników przymusowych. Jeśli więc Stefan ich spotkał to nie mogło to być wcześniej. Natomiast, jak wynika z dokumentów tzw. „przerzucenie” do Francji miało miejsce z całą pewnością po 12 lipca 1945, czyli już nawet nie po wyzwoleniu obozów, a długo po zakończeniu wojny. Front już nie istniał, Niemcy dawno się poddali i byli konsekwentnie rozbrajani. A wówczas żadne przebieranie w amerykański mundur i w ogóle – cała związana z tym konspiracja, o której przez lata się mówiło w rodzinie, nie były już potrzebne.
Jak więc było naprawdę? Tego dokładnie nigdy się nie dowiemy. Możemy jednak się domyślać.
Oto najsensowniejsze hipotezy.
Nie wiemy jak Stefan został ranny, ale tu też możliwości nie jest zbyt wiele. Po pierwsze mógł to być zwykły wypadek przy pracy, w następstwie czego skierowano go do lazaretu. Rannych i chorych najczęściej umieszczano w szpitalach poza obozem głównym, dokąd trzeba było ich przewieźć. Jeśli stało się to blisko 30 marca, kiedy Amerykanie już nacierali, to dalszy ciąg wydarzeń mógł wyglądać następująco: wśród powiększającego się z dnia na dzień chaosu związanego z przesuwaniem frontu więźniowie próbowali uciekać z transportów licząc, że przedrą się za linię aliancką. Jednym z takich ludzi mógł być on. Należy pamiętać, że nawet po wyzwoleniu obozów jenieckich w środkowej Hesji (Fritzlar, Homberg {Efze}, Marburg), które miało miejsce między 29 a 30 marca 1945, poza okolicami jednostek wojsk sprzymierzonych nie było bezpiecznie – SS i Wehrmacht wciąż poruszały się w terenie. Ucieczka Stefana, jeśli więc miała miejsce, raczej nie odbyła się w innym terminie. Wcześniej amerykańscy żołnierze byli daleko w Ardenach, a samotna wędrówka rannego Polaka przez Niemcy, bez możliwości jakiegokolwiek wsparcia była raczej opcją szaleńca. Jeśli więc Stefan przedostał się do Amerykanów to było to tuż przed lub w trakcie wyzwalania obozów. I wówczas historia z przebraniem może mieć w sobie nić prawdy. Wojsko USA nie chcąc brać odpowiedzialności za pojedynczego rannego cywila głęboko w strefie działań mogło włączyć go do transportu wojskowego jako „attached personnel”, do czego mogli dosłownie przebrać go w mundur lub jakąś jego część. Przebranie miałoby sens, aby uniknąć zatrzymania przez rozproszone oddziały niemieckie, uprościć procedury transportowe, a także zapewnić mu leczenie w szpitalu wojskowym (medyczne „echelons” działały szybciej niż cywilne4). To zresztą nie musiało być „filmowe przebranie” – wystarczyła kurtka, hełm, czy oznaczenie.
Drugi wariant odniesienia ran jest nieco bardziej „militarny”. Großenenglis leży blisko lotniska Fritzlar, czyli głównych dróg natarcia US Army na Kassel. Pod koniec marca 1945 trwały tam krótkie, ale intensywne działania, z ostrzałem artyleryjskim i lokalną bitwą włącznie, czemu towarzyszył z pewnością chaos ewakuacyjny. Stefan mógł zostać ranny w wyniku tych działań, a po wyzwoleniu obozu – opatrzony przez medyków US Army, ale nadal pozostać w miejscowości. To tłumaczyłoby legendę o „Amerykanach”. Nie tłumaczy jednak historii z przebraniem.
Wersja nr 1 jest chyba bardziej, jakby to rzec – ludzka. Choć pewności nie mamy.
Pewne jest to, że Stefan po wyleczeniu ponownie przebywał w Großenenglis, gdzie powrócił po leczeniu, gdziekolwiek ono się odbyło. Dlaczego wrócił? Po prostu chwilowo nie miał innego domu. Od tego momentu nie miał już jednak statusu robotnika przymusowego, ale przebywał tam jako DP (Displaced Person czyli Osoba Przesiedlona) i znajdował się pod kontrolą władz amerykańskich. 12 lipca 1945 został formalnie wyrejestrowany i wówczas został gdzieś przeniesiony. Po 8 maja 1945 roku Hesja znalazła się w amerykańskiej strefie okupacyjnej, o której decydowały US Military Government (Rząd Wojskowy USA) oraz UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration) czyli Administracja Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy. Byli robotnicy przymusowi po wyzwoleniu nie mogli swobodnie podróżować, ale byli kierowani do obozów dla osób przesiedlonych, gdzie podlegali repatriacji lub kolejnemu przesiedleniu. To z punktu podważa zresztą teorię Elżbiety, o tym, że Stefan na pewno od razu pojechał do Miluzy, do swego wuja, Władysława Flakowicza.
Co się działo z Polakami z obozów w Hesji w lipcu 1945?
Scenariusze były dwa:
- repatriacja do Polski
- transport do innej strefy okupacyjnej
Co do możliwości nr 1 – wielu młodych mężczyzn z Małopolski nie chciało wracać do Polski komunistycznej. Wiemy, że Stefan na pewno nie wybrał tej opcji. Pozostawała więc druga droga, obierana zresztą najczęściej. Z reguły Polacy decydowali się na strefę brytyjską, albo francuską. Radzieckiej nie wybierał nikt… Procedura była czysto administracyjna. Niezależnie od preferencji zaczynało się od przeniesienia do specjalnego obozu dla przesiedlonych, czyli tzw. „DP camp”. Tam następowała rejestracja przez UNNRA i decyzja gdzie dana osoba zamierza mieszkać, a potem – po kilku tygodniowym pobycie w obozie – transport.
Nie wiemy do którego z amerykańskich obozów DP camp Stefan został najpierw przewieziony. Z Großenenglis Polacy mogli trafić do obozów zorganizowanych w Kassel, Ziegenhain, Bad Arolsen lub Fuldy. Najbliżej był Ziegenhain/Trutzhain – to samo miejsce, gdzie był wcześniej Stalag IX-A – miejsce oddalone od Großenenglis o zaledwie 15 km oraz Kassel znajdujące się w odległości 30 km, gdzie działał duży węzeł administracyjny strefy amerykańskiej i gdzie powstały centra rejestracyjne.
Z amerykańskiej strefy możliwy był teoretycznie także bezpośredni wyjazd do Francji. Tak działo się, gdy ktoś uzyskał status pracownik kontraktowy. To jest jednak mało prawdopodobne – Stefan był za młody i niewykwalifikowany, nie miał także wystarczającego wykształcenia. Raczej został zwerbowany do pracy w górnictwie, rolnictwie czy przemyśle. Francja potrzebowała po wojnie pracowników jak powietrza i aktywnie uczestniczyła w międzynarodowym programie pracy zagranicznej.
W końcu trafił i do Miluzy, do wuja Władysława. Do Polski nie powrócił już nigdy, nawet w odwiedziny.
Marek Ciepierski, syna Mariana, słyszał wielokrotnie od ojca, że Stefan miał także inny, niepolityczny powód, dla którego nie wrócił. Nie było dokładnie wiadomo co nim jest. Niektórzy uważali, że na wieść o śmierci ojca wpadł w rozpacz, która z czasem przerodziła się w oskarżenia pod adresem rodziny. Oskarżenia, że Józefa nie uratowali. To z kolei sprawiło, że Stefan nie chciał nikogo z nich widzieć.
Nie wiadomo ile jest w tym prawdy, ale autorom wydaje się to mało prawdopodobne – trudno zaiste winić kogokolwiek za postępki okupanta prowadzące do czyjejś śmierci.
Ponoć Marian namawiał Stefana do powrotu i spotkał się z nim we Francji, będąc tam w swojej podróży poślubnej w 1968 r. Ten pozostał jednak nieugięty. Wkrótce potem postawił w tej kwestii kropkę nad „i” i wyemigrował do Australii. Ostatni list, jaki otrzymała jego matka został napisany już na pokładzie statku płynącego do Melbourne.
Będąc już na tamtym kontynencie całkowicie zerwał z Polską wszelkie kontakty. Nie było wiadomo gdzie jest, ani nawet czy żyje. Przed epoką Internetu znalezienie człowieka w kraju na antypodach było praktycznie niemożliwe. Zwłaszcza gdy człowiek ten nie chce zostać znaleziony. Marian kilkakrotnie starał się uzyskać jakieś informacje, ale bezskutecznie.
Dopiero po nastaniu sieci www otworzyły się pewne możliwości, ale w dalszym ciągu było to szukanie igły w stogu siana. Dopiero 10 lat temu kuzyn Marka Ciepierskiego, Michał Mietelski natrafił w Internecie wzmiankę o człowieku nazwiskiem Stefan Ciepierski, który w 1999 r. wytoczył sprawę sądową przeciwko urzędowi rządowemu stanu Queensland, a konkretnie – Departamentowi Zasobów Naturalnych o wycenę gruntu pod drzewa oliwkowe. I wygrał.
Nie było wiadomo, czy to nie zbieżność nazwisk, choć to mało popularne personalia.
Dziś wiemy, że to był na pewno on. Mieszkał od 1971 r. w miejscowości Whyalla, w południowej Australii, był przedsiębiorcą i to jak widać upartym, którą to cechę zapewne odziedziczył po swoim ojcu, był zapalonym szachistą, członkiem Australijskiej Federacji Szachowej i odnosił w tej grze sukcesy, gdyż był notowany w oficjalnym rankingu, gdzie zgromadził wcale niemało punktów.
Zmarł 14 grudnia 2009 roku w wieku 83 lat w Inglewood i tam został pochowany.
Tak dalece nie chciał być znaleziony, że nigdy nie zapisał się do żadnej organizacji imigranckiej, ani nie utrzymywał kontaktów z Polonią.
Jego kolega, który razem z nim został aresztowany w łapance w Tarnowie i wywieziony na roboty do Hesji również przeżył Großenenglis. Skorzystał on jednak potem z opcji nr 1 i wrócił do Polski.
5. Dzieci Elżbiety i Józefa
Zofia Łebek, z domu Ciepierska – była kuratorem społecznym dla nieletnich przy Sądzie Rejonowym w Brzesku. Otrzymała Odznakę Weterana Walk o Niepodległość, w XXI w. została awansowana na stopień podporucznika Armii Krajowej i odznaczona Krzyżem Armii Krajowej. Inne odznaczenia: Złota Odznaka „Za zasługi dla spółdzielczości bankowej”, medal 40-lecia PRL.
Była pierwszą żoną Witolda Łebka, przewodniczącego Rady Narodowej w Zakliczynie.

Helena (Halina) Piaskowska, z domu Ciepierska – w czasie II Wojny Światowej w latach 1940-1945 uczęszczała na tzw. „tajne komplety” – pobierała naukę w konspiracyjnym ośrodku nauczania w Zakliczynie. Była łączniczką AK. Ukończyła studia ekonomiczne w Krakowie i tam pracowała. Poślubiła Jerzego Piaskowskiego, wybitnego profesora AGH w Krakowie, specjalistę w dziedzinie metaloznawstwa i archeometalurgii, autora książek „O stali damasceńskiej”, „Żeliwo sferoidalne”, „Technologia dawnych odlewów artystycznych”. W 2015 roku została awansowana do stopnia podporucznika AK
Historii Stefana Ciepierskiego poświęcono powyżej największy fragment tej opowieści.
Stanisław Ciepierski – ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie jako specjalista technologii ceramiki szlachetnej. Był członkiem i działaczem PTTK w Łodzi, gdzie pracował. Z zamiłowania był pszczelarzem, a od 1973 r. członkiem Polskiego Związku Pszczelarskiego. W przydomowym ogrodzie miał własną pasiekę, a miodem robionym przez niego zachwycali się wszyscy, którym go prezentował i sprzedawał. Przez długie lata prowadził sklep w rodzinnym domu, gdzie sprzedawano artykuły spożywcze i drogeryjne. W latach 90. XX w. przeszedł udar mózgu, po którym całkowicie stracił mowę. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na jego fizyczną aktywność, udzielał się nadal społecznie i do końca produkował miód. Świetnie tańczył. Zmarł po powtórnym udarze, latem 2011 roku w Tarnowie.
Marian Ciepierski – młodszy brat Stefana i Stanisława. Po zakończeniu wojny kształcił się w Krakowie, w Technikum Mechanicznym, gdzie zdał maturę. Jako młody chłopak spełniał swe marzenia o lataniu – był członkiem Aeroklubu Krakowskiego i wykonał ponad sto lotów szybowcowych. Latanie do końca życia pozostało jego pasją, ale po studiach, gdzie odbył ostatnie loty, już nigdy nie siadł za sterami.
W czasach służby wojskowej obsługiwał wojskową stację radiotelegraficzną w jednostce artylerii przeciwlotniczej w Legionowie.
Oprócz szybownictwa uprawiał podnoszenie ciężarów. W styczniu 1956 r. startując jako członek zrzeszenia „Start” osiągnął wynik 110,5 kg w wadze półciężkiej w rwaniu, co przyniosło mu tytuł mistrza Polski Zrzeszenia, a w marcu 1958, wynikiem 265 kg w trójboju olimpijskim, zdobył mistrzostwo województwa krakowskiego.

rekord Polski w Mistrzostwach Zrzeszeń Sportowych ustanowiony w 1956 r.
oraz Mistrzostwo Województwa w trójboju olimpijskim z 1958 r.
Ukończył Politechnikę Krakowską jako magister inżynier mechanik i związał swoje życie zawodowe z projektowaniem dla przemysłu chemicznego i rafineryjnego. Był autorem oficjalnego patentu urządzenia do utylizacji substancji toksycznych. W biurze projektów „Bipronaft”, był kierownikiem pracowni projektowej, specjalistą cenionym także za granicą – pracował m.in. w NRD, RFN i Austrii, a jego zespół uczestniczył w projektach dla obiektów olimpijskich w Lillehammer.
W 1959 r. wziął udział w przedsięwzięciu, które przeszło do historii polskiej motoryzacji. 8 sierpnia tego roku wraz z dwoma kolegami, Krystianem Brodackim i Józefem Drozdem, wyruszył z Krakowa do Włoch na motorowerach Ryś MR1. Wyprawa miała charakter oficjalnego testu drogowego pierwszego polskiego motoroweru produkowanego seryjnie. Trasa prowadziła przez Czechy i Austrię do Włoch; symbolicznym momentem był wjazd całej trójki na zbocze Wezuwiusza. Powrót odbył się przez ówczesną Jugosławię i Węgry. Łącznie pokonali ponad 6300 km, wracając do Krakowa 28 października 1959 r. Sporządzony raport stał się dla producenta cennym materiałem do dalszego udoskonalania konstrukcji.
Wydarzenie to było czymś więcej niż studencką przygodą — stanowiło połączenie pasji technicznej, odwagi organizacyjnej i praktycznego sprawdzianu polskiej myśli inżynierskiej, idealnie wpisując się w charakter Mariana: człowieka czynu, techniki i drogi.

a także – próby ucieczki na stałe z socjalistycznej ojczyzny.
Choć życie zawodowe związał z Krakowem, korzenie zawsze prowadziły do Zakliczyna. W 1968 roku poślubił Agnieszkę Mietelską, wywodzącą się z innej znanej w Zakliczynie rodziny. Józef Mietelski, dziadek Agnieszki przez 58 lat był parafialnym organistą w kościele pw. Św. Idziego, a jej ojciec – notariuszem w czasie II WŚ.
Syn Mariana i Agnieszki, Marek kontynuuje rodzinne zamiłowanie do kultury jako pianista i pedagog.
Kazimierz Ciepierski, najmłodszy syn Józefa, żył najkrócej, bo zaledwie 14 lat. Nie zdążył on dokonać jeszcze niczego spektakularnego. Jego tragiczna śmierć jest opisana powyżej.
Losy dzieci Józefa i Elżbiety pokazują trzy oblicza pokolenia wychowanego w małym galicyjskim miasteczku: pierwsze – naznaczone wojennym bohaterstwem odzianym w dziewczęcą sukienkę, drugie – poranione rzuceniem na obcą ziemię, co odziera z korzeni, czyni banitę i przymusowego obieżyświata, trzecie – stężałe od konsekwentnej pracy i budowania powojennej rzeczywistości w kraju.
Wszystkie te drogi zaczęły się tutaj – nad Dunajcem.
6. Mury i serca
W domu Józefa Ciepierskich, w miejscu gdzie kiedyś działała restauracja, od lat 80. prowadzono sklep, którego branże zmieniały się w ciągu dekad. Pomieszczenia dawnej „fabryczki” wynajmowali Stefan Zieliński i Wojciech Galas, a lokal, który skrywał w sobie tajemnicę z czasów wojny – zamurowano tam w posadzce żydowskie ubrania, później wynajmowała Teresa Więcek, daleka krewna ze strony matki Józefa Ciepierskiego. Prowadziła tam zakład fryzjerski.
Zofia Łebkowa (z d. Ciepierska) wraz z mężem Witoldem założyli w tym samym miejscu pierwszy Klub Prasy i Książki „Ruch” wraz z kawiarnią i czytelnią. Można tam było przy kremówce lub pączku przejrzeć prasę, albo zatopić się w lekturze ulubionej powieści.
W późniejszym okresie Stanisław Ciepierski prowadził w środkowym lokalu z wejściem od ul. Malczewskiego sklep z artykułami spożywczo-przemysłowymi. Rzecz jasna, na widocznym miejscu była tam wówczas umieszczona kartka informująca, że można w tym sklepie zamówić także miód – spadziowy i kwiatowy.
Z czasem sklep pana Stanisława zmienił się w sklep z artykułami przemysłowymi, później w wypożyczalnię kaset, sklep odzieżowy, a w końcu w pierwszą w Zakliczynie kwiaciarnię, którą pani Aldona Haraf odkupiła od pani Nowakowej. W końcu nie trzeba było już chodzić po kwiaty ani do pani Malikowej, ani kupować ich u dzieci Andrzeja Grzegorczyka.
W końcu po śmierci ostatnich mieszkańców – Zofii i Stanisława Ciepierskich nie miał już kto mieszkać w tym domu. Spadkobiercy, dzieci Haliny i Mariana sprzedali dom pani Aldonie, która jako kobieta przedsiębiorcza i energiczna, zabrała się za generalny remont budynku.
Obecnie, prace renowacyjne są bardzo zaawansowane i choć pojawiły się przeszkody formalne, wszyscy wierzą, że wszystkie problemy zostaną pokonane, przebudowa skończy się niebawem, a dom, w nowej odsłonie odzyska dawny blask i świetność. I choć w środku nie będzie już wcale podobny do tamtego, z czasów świetności interesu Józefa, przecież pozostanie w nim kawałek owego ducha, gdy tętnił gwarem kupców i stukotem kufli z józefowego browaru.
Albowiem dom to coś więcej niż mury. To historia i tradycja zapisana nie tylko w dokumentach, lecz przede wszystkim w ludzkiej pamięci i sercach tych, którzy tę pamięć kultywują. A to wszystko to nie tylko historia jednej rodziny. To historia miasta, które ocalało, bo znaleźli się ludzie gotowi wziąć odpowiedzialność, to opowieść o odwadze, odpowiedzialności i głębokim przywiązaniu do rodzinnego miasta. To także znaczący fragment historii Zakliczyna.
***
Jeśli stanąć dziś na rynku w Zakliczynie i spojrzeć na dom u zbiegu Jagiellońskiej i Malczewskiego trudno wyobrazić sobie cokolwiek z opisanych wyżej rzeczy, nie widać przecież co tu zaszło, kto tu był i co robił, kto mieszkał, kto się urodził i umarł. Ale to wszystko nieważne. Nie ma znaczenia, że coś było restauracją, zakładem fryzjerskim, sklepem, klubem, a jest kwiaciarnią. Nieważne, że stukot żołnierskich butów i krótkie słowa gestapowskich policjantów odbijały się o te mury. Po prostu – dom przybierał maski, zmieniał oblicze, tak jak ludzie – ubrania.
Ważne jest, że gdy stanąć dziś na rynku i spojrzeć na styk Jagiellońskiej i Malczewskiego, to dom na rogu stoi nadal.
Marek Ciepierski, Bytom, luty 2026 r.

fot. Katarzyna Kokosza
PRZYPISY
- Przez pierwsze dwie dekady XX w. na polskim rynku finansowym panowała skomplikowana sytuacja. Do roku 1914 mówimy nawiasem mówiąc o terenach oficjalnie nie polskich, gdzie obowiązywały waluty państw, które sprawowały tam jurysdykcję. Paradoksalnie – jaką taką stabilność obserwujemy mniej więcej tylko do początku I Wojny Światowej. Później rynek stał się bardziej chwiejny, a sytuacja – kompletnie nieprzewidywalna. Dodajmy, że aż do końca roku 1919 na odzyskanych terenach rozbiorowych waluty byłych państw zaborczych pozostawały wciąż w obiegu. Podobnie rzecz miała się ze Śląskiem, gdzie marka niemiecka funkcjonowała w praktyce aż do roku 1923. 15 stycznia 1920 r. weszła w życie ustawa wprowadzająca przepis, na mocy którego marka polska stawała się prawnym środkiem płatniczym na terenie całego kraju. Kurs wymiany ustalono wtedy na 70 koron i 100 rubli za, odpowiednio: 100 i 216 marek polskich. Niestety, przelicznik ten bardzo szybko stał się czysto teoretyczny, gdyż nadmierna emisja pieniądza i rosnący z roku na rok deficyt budżetowy napędzały inflację. Na przełomie lat 1922/1923 występowała już hiperinflacja, której kres położył dopiero rok 1924 i wielka reforma walutowa ministra Władysława Grabskiego. Kurs marki polskiej ustalono wówczas na poziomie 9,25 mln.(!) za jednego dolara amerykańskiego. Nowopowstały Bank Polski miał jako jedyny prawo emisji pieniądza, a do życia powołano polskiego złotego. Marki polskie podlegały wymianie na złote w relacji 1 złoty = 1,8 mln. marek polskich. ↩︎
- Te terminy wymagają niewielkiego wyjaśnienia. Po tzw. reformie Jędrzejewicza wprowadzonej w 1932 r. system edukacji w II Rzeczypospolitej składał się z 7-letniej szkoły powszechnej (dziś nazywamy ją „podstawową”), 4-letniego gimnazjum oraz 2-letniego liceum. Po ukończeniu gimnazjum zdawało się egzamin dojrzałości niższego stopnia zwany właśnie małą maturą, który dawał absolwentowi prawo do podjęcia niektórych kursów zawodowych lub pracy ↩︎
- Najważniejszym obozem macierzystym w rejonie Fritzlar-Homberg był Stalag IX A (Ziegenhain/Trutzhain) — to obóz jeniecki, z którego wysyłano dziesiątki tysięcy jeńców do zewnętrznych komend roboczych w okolicy. W szczytowym okresie, we wrześniu 1944 ponad 43 000 jeńców było przypisanych do Arbeitskommand (pracy zewnętrznej). Oprócz jeńców wojennych istniały w okolicy również cywilne obozy przymusowej pracy (Zivilarbeiterlager) i komanda pracownicze — przymusowo sprowadzano tam Polaków, obywateli ZSRR, a także robotników z innych krajów okupowanej Europy. Dokumentacja lokalna i katalogi Zwangsarbeit wymieniają powiat Fritzlar-Homberg jako obszar z takimi placówkami. ↩︎
- Echelon (ang.: rzut). Medyczne echelons (ang.: medical echelons of care) to wojskowy system stopniowego, warstwowego leczenia i ewakuacji rannych od linii frontu do zaplecza strategicznego. To pojęcie operacyjne używane przez armię USA (i NATO), oznaczające kolejne „poziomy” opieki medycznej. ↩︎








